Fascynująca podróż w głąb umysłów i serc nastolatek końca lat dziewięćdziesiątych. Wyrwane z kontekstu fragmenty wpisów do pamiętnika uczennic tej samej szkoły - na pierwszy rzut oka chaotyczne, ale jednocześnie tworzące intrygujący obraz codziennego życia uczennic pierwszej klasy liceum pochodzących z różnych środowisk i domów.
Prezentujemy niezwykły materiał na książkę, do której publikacji nie doszło z powodu przedwczesnej śmierci jej pomysłodawcy i redaktora, Tadeusza Zdrenki.
Świat, którego już nie ma, w pełnych barwach odradza się w wyobraźni czytelnika, zmuszając go do refleksji, znakomicie bawiąc i prawdziwie wzruszając.
Listopad: tydzień ostatni – Basen, którego nie było
Od poniedziałku miałam wrażenie, że jest już co najmniej połowa grudnia, bo spadł śnieg i było poniżej -10?C. Do szkoły mam blisko, więc nie zdążyłam zmarznąć, ale za to w szkole było okropnie zimno, zwłaszcza w sali, gdzie miałyśmy godzinę wychowawczą, bo nie można było domknąć okna, przy którym siedziałam. Z tego wszystkiego źle się poczułam, a po basenie jeszcze mi się pogorszyło.
Moim „lekiem na całe zło” szkolne jest Michaś. Już nie mogę się doczekać, kiedy znów go zobaczę. Każdy by go polubił, gdyby bliżej go poznał. A ja poznałam go latem nad jeziorem. O co go tylko poproszę, on spełnia wszystkie moje życzenia. To tak jakbym złowiła złotą rybkę, a nawet lepiej, bo do Michasia mogę mieć więcej życzeń niż do niej.
Pani profesor wygnała na chemii Jolę do swego kantorka, bo „jeszcze panna nie zobaczyła zestawu pytań, a już ściągała”. To jest chyba nowy rekord świata w ściąganiu. Na przerwie właśnie tymi słowami Jolę pocieszałam, kiedy nagle tak mocno zderzyłam się z panią profesor od komunikacji interpersonalnej, że aż jednej z nas coś w piersiach huknęło.
Listopad: tydzień 3 – A ja i bez tego jestem brzydka
Ten tydzień rozpoczął się przesympatycznie, gdyż Mój Rycerz przy poniedziałkowym wejściu do szkoły otworzył mi drzwi i słodko powiedział : „Proszę”. To wyjątkowe dla mnie „proszę” o mało nie zwaliło mnie z nóg.
W poniedziałek pod wieczór przyjechało do nas dwóch panów, którzy ustawiali nam antenę satelitarną, więc nic dziwnego, że do końca tygodnia nic innego nie robiłam, tylko oglądałam telewizję.
Trudno wyrazić przyzwoitymi słowami zdenerwowanie człowieka, któremu ucieknie autobus do szkoły, a następny przyjedzie jak przysłowiowa musztarda po obiedzie. Informuję was o tych trudnościach językowych, bo właśnie coś takiego przytrafiło się dzisiaj mnie. Dodam, że nie mogłam się tego dnia spóźnić do szkoły, bo miałam zdawać zaległe lekcje z historii. Na myśl o tym, co może wyniknąć z powodu tej mojej przymusowej nieobecności na „egzaminie ostatniej deski ratunku”, ogarniał mnie od palców stóp po koniuszki włosów paniczny lęk. Siedziałam na dworcu cała w strachu i łzach, aż jakaś kobieta podeszła do mnie i zapytała, co mi jest. Nie podnosząc głowy, powiedziałam jej, żeby się wypchała, bo to nie jej sprawa. Parę sekund później przestałam się sobie podobać za takie zachowanie i zrobiło mi się żal tej pani, że tak nieładnie jej odpłaciłam za jej dobre serce. Przetarłam więc oczy z łez i podeszłam do niej. Wtedy jakby piorun we mnie strzelił, bo to była moja pani profesor od historii!
Listopad: tydzień 2 – Kiedy rodzice się o tym dowiedzą, jestem trupem
Cały pierwszy dzień tygodnia przeleżałam chora w łóżku, myśląc tylko o tym, żebym szybko wyzdrowiała i żeby mnie ktoś odwiedził. Około południa przyjechała do nas moja siostra z mężem i synkiem, który wylał mi na głowę szklankę zimnej wody, bo chciał, żebym się obudziła i wstała z łóżka. Potem nawrzucał mi petów do herbaty, a kiedy postraszyłam go, że zaraz go za to pobiję, sam się wziął do bicia mnie po plecach i niżej. Jakiś czas potem chyba ruszyło go sumienie, bo przyszedł do pokoju, w którym chorowałam i mnie ucałował. Kiedy siostra z mężem musieli już odjeżdżać, mały położył się przy mnie w łóżku i nie chciał z niego wyjść.
Ten poniedziałek był inny niż wszystkie poprzednie. Lekcje rozpoczynałam o 850, więc mogłam pójść na autobus, który powinien przyjechać o 740. Przyjechał, ale bardzo spóźniony, a poza tym wcale się nie zatrzymał na naszym przystanku. Marta, Kasia i ja musiałyśmy iść na przystanek do Czernikowa w mocno padającym deszczu, ale i tam ten autobus, który jedzie z Osówki o 840, też się nie zatrzymał. Zrobił to koło sklepu, żeby wyrzucić miejscowych pasażerów, a nas nie zabrać. Kiedy nie udało mi się wsiąść także do tego o 955, już nie czekałam na kolejny, tylko wróciłam do domu na wczesny obiad.
Listopad: tydzień 1 – Jeszcze nikt nigdy tyle dla nas nie zgubił
W poniedziałek po lekcjach w szkole pojechałam do Golubia-Dobrzynia, żeby tam spotkać się z Anią. Czekała na mnie na dworcu PKS. Postanowiłyśmy iść do baru. Po drodze znalazłyśmy na chodniku 100 zł. To był dla nas szok, bo jeszcze nikt nigdy tyle dla nas nie zgubił. W barze byłyśmy więc na finansowym luzie i aż trzy godziny.
Kiedy na lekcji niemieckiego wyjmowałam książki z plecaka, stwierdziłam ze zgrozą, że wylał mi się tam klej i że wszystko w środku mam poklejone. Przejęta tą katastrofą, od razu zeszytom i książkom rzuciłam się ratunek, tzn. wyjęłam całą zawartość plecaka i zaczęłam ją chusteczkami higienicznymi wycierać z kleju, za co pani profesor wstawiła mi uwagę. A przecież Niemcy to naród lubiący porządek i czystość, więc też od razu by tak postąpili jak ja.
Ania z Jolą urwały się na wagary do miasta, a Jola strasznie się bała spotkać rodziców, którzy właśnie tego dnia też się tam wybierali czerwonym fiatem 126p. Kazała więc Ani wypatrywać samochodu tej marki oraz koloru i w razie niebezpieczeństwa „bliskiego spotkania III stopnia” z jej rodzicami natychmiast ją zaalarmować, bo co dwie pary oczu, to nie jedna. W którymś momencie Ania zauważyła taki samochód, więc zaczęła przeraźliwie krzyczeć, na co przechodząca obok starsza pani najpierw aż przysiadła ze strachu, a potem nakrzyczała na Anię, że jeśli ona nie umie się w mieście zachować, to niech jedzie na wieś i tam się wydziera do woli. Ania i Jola pokładały się ze śmiechu, bo obie od urodzenia mieszkają na wsi, a mimo to wcale się tam „nie wydzierają”.
Październik: tydzień 4 – Co ma być, stanie się dopiero jutro
W drodze do szkoły spotkało mnie w autobusie coś niezwykłego. Wszedł do niego chłopak, który wszystkim pasażerom ogłosił, że jest bezdomny, głodny i chory na AIDS, więc bardzo prosi o jedzenie i pieniądze na leczenie. Było mi głupio, bo pieniędzy przy sobie nie miałam, więc oddałam mu tylko swoje śniadanie. Było mi żal tego chłopaka, chociaż wyglądał jeszcze nie najgorzej. Przez wszystkie lekcje tylko o nim myślałam. W domu nie mogłam zasnąć, bo zastanawiałam się, gdzie on jest o tej porze, taki bezdomny, głodny i zmarznięty. A może już go nie ma wśród żywych?








